O autorze
Miłośnik mocno niesportowego i mocno sportowego życia. Oba swoje oblicza dzielę z równym entuzjazmem i pasją. Udowadniam, że nie trzeba rezygnować z jednej przyjemności kosztem drugiej. Nie robię wyrzeczeń w życiu prywatnym, aby osiągnąć sukces sportowy. Jeśli zasady, to bardzo podstawowe. Ja kształtuję swój bieg. Biegam ile chcę. Biegam gdzie i kiedy tylko chcę. Biegam i zwiedzam. Biegam na kacu. Biegam w nocy. Ale jak już biegnę, nie zatrzymuję się po drodze. Nigdy.

Lekcja pokory. Chcesz wyników? To biegaj, głupcze!

Dobra mina do złego wyniku. Roman, do poprawki. Natychmiast.
Dobra mina do złego wyniku. Roman, do poprawki. Natychmiast.
Nie ma cwaniaka na maraton. Każdemu się w końcu oberwie. Mniej lub bardziej. Ja w ten weekend oberwałem w Wiedniu bardziej. Prawdę mówiąc, po 30 km walczyłem tylko o przetrwanie. Żeby nie stanąć nawet na chwilę. Może to głupie, ale uważam, iż jeśli kiedykolwiek w trakcie biegu przystanę, to skończy się dla mnie sens mojego biegania.

Sensu biegania nie przekreśliłem, bo udało mi się nie zatrzymać. Niemniej ostatnie kilkanaście kilometrów biegu w Wiedniu było najtrudniejszym sportowym wyzwaniem w moim życiu.

Nigdy tak bardzo nie cierpiałem. Nigdy tak bardzo nie walczyłem ze swoją fizyczną słabością. Działy się ze mną bardzo dziwne rzeczy. Głowa to przetrzymała, nogi już nie.

Otrzymałem nauczkę za swoją pychę. Byłem przekonany, że na luzie uzyskam zakładany wynik. Bo jestem mocny. Bo zżera mnie ambicja. Bo tak.

Fajnie jest być ambitnym i mieć dobrze poukładane w głowie. Fajnie jest też przygotować swój organizm do tak ogromnego wysiłku jak maraton. Teraz wiem, że to czego mi zabrakło, to przebiegniętych na treningach kilometrów. Prawda jest taka, że do maratonu trzeba się zacząć na ostro przygotowywać 3 miesiące, a nie 3 tygodnie przed startem.

Po pierwszym swoim maratonie w Rzymie nie mogłem pojąć jak to jest, że mimo mojego dobrego czasu po drodze wyprzedził mnie facet z ogromnym garbem albo drobna kobieta w dojrzałym wieku. Mnie? Takiego cwaniaka, co sobie trenuje od czasu do czasu?

Już wiem, że na nic moja chora ambicja, bo ona sama mnie do mety nie zaniesie. Trzeba trenować i w imię sukcesu trzeba się wyrzec części uciech życiowych. Niestety.

Dlatego stoję teraz na rozdrożu i zastanawiam się, w którą stronę pójść. Niesamowicie zależy mi na rezultatach sportowych, ale nie wiem, czy jestem w stanie zmienić swój codzienny, a przede wszystkim weekendowy tryb życia i podporządkować się reżimom treningu. A bez tego ani rusz - progresu nie będzie.

Co wybiorę? Nie wiem. Wiem jedno, że nie będę czekać na kolejny maraton do jesieni, jak pierwotnie to sobie planowałem. Powtórka już za kilka tygodni. Muszę sobie coś bardzo szybko udowodnić.
Trwa ładowanie komentarzy...