Życie towarzyskie i uczuciowe, a bieganie

Chwilę po opublikowaniu mojego pierwszego wpisu, przeczytałem go raz jeszcze, tym z razem z większym dystansem i pomyślałem sobie, że popełniłem już na starcie samobójstwo, bo nie będę miał o czym pisać...

...W końcu na dzień dobry zwierzyłem się, że obce mi są rygory treningu, diety, fachowe teorie. A większość biegaczy blogowych traktuje właśnie o tym jak dzięki bieganiu udało im się zmienić niepożądane nawyki – deficyt ruchu, niezdrową dietę, itp. Jednym słowem wprowadzić ład w życiu. Szacunek. Ja jednak zostanę przy swojej filozofii cieszenia się każdym aspektem życia. Nie odmówię wychylenia ze swoimi przyjaciółmi małej wódeczki o 3 rano na Nowym Świecie czy popieszczenia parkietu jednego z klubów na Powiślu, tylko dlatego, że „sorry, ale wiecie, mój plan treningowy zakłada, że jutro o 8.30 robię interwały…”.

Jak jakiś znajomy mówi mi, ze bieganiu podporządkował wszystko, to z uznaniem kiwam głową, a w duchu myślę sobie..rany, masz naprawdę ubogie życie.
Jednym słowem, bogate życie osobiste podstawą szczęśliwego biegania!

No dobra. Nie jestem jednak aż takim cwaniakiem, jak pisałem wcześniej. Że zero wyrzeczeń, że mogę wszystko, że nic nie muszę. Bieganie ma być przyjemnością, ale przyjemność daje też oczekiwany wynik. Wynik w maratonie, bo jak przyjemność to tylko na długim dystansie. Dlatego na jakiś czas przed godziną zero sport zaczyna przejmować kontrolę nad moim życiem, bo ‘na kacu jednak nie przebiegnę maratonu…’. Nieśmiałe przymiarki zaczynają się miesiąc przed startem. Bieganie minimum co drugi dzień, regularny sen, nie będzie imprez, itp. Poniedziałek jest najlepszym momentem, aby wprowadzić taki plan w życie, ale piątek jest też najlepszym momentem, aby zweryfikować ten plan. I wtedy uświadamiam sobie, że jeszcze za wcześnie, że nie ma co się tak biczować, bo czynię się nieszczęśliwym.

Otóż trening to jedno, ale musicie znać najważniejszy klucz do sukcesu - na start biegu maratońskiego biegacz powinien pojawić się szczęśliwy, uśmiechnięty i totalnie rozluźniony. Nóżka w trakcie biegu ma pieścić ulicę z taką samą lekkością i czułością, jak jeszcze niedawno czyniła to z parkietem. Dlatego przed biegiem odbierzcie soczystego buziaka od swojej połówki, albo napiszcie komuś w kim się podkochujecie, że biegniecie dla niej/niego. Obiecajcie pamiątkowy medal, który odbierzecie na mecie, rodzicom, powierzcie się Najwyższemu – jednym słowem, pozmiatajcie problemy i znajdźcie swoją motywację, a gwarantuję Wam, że swój cel osiągniecie. Rany, brzmi to głęboko, niczym złota maksyma Paolo Coehlo, ale do cholery, piszę tego bloga właśnie po to, aby udowodnić Wam, że to naprawdę działa.

Moment, moment! Nie jestem jednak szarlatanem, który wmawia Wam, że pokonacie maratoński dystans samą głową. Na poważne zmęczenie i niemoc przyjdzie czas po 30 kilometrze, a dla większości z Was jeszcze wcześniej. Każdy kto przebiegł chociaż raz w życiu dystans 42km i 195m, wie o czym mówię. Ale miejcie wtedy chociaż głowę lekką, bo nóżki będziecie mieć niesłychanie ciężkie (te też powinniście mieć przygotowane do wysiłku, ale o tym nie teraz).

Powerade (uwaga, product placement i uwaga wyznanie – naprawdę obok wody, mój ulubiony napój po przebieżce J) mówi „Możesz więcej niż myślisz”. No pewnie. Każdy stawia sobie niewidzialne bariery. Dlatego ja dodaję: jak już biegniesz, nie myśl o tym za dużo. Do biegania nie trzeba myślicieli. Ciesz się wtedy samym biegiem i nagrodą, która Cię czeka kiedy osiągniesz swój cel, dobra?
Trwa ładowanie komentarzy...