Po co biegam?

Przecież to koszmarnie nudny sport. Bardziej nudne jest chyba tylko przemierzanie kolejnych długości zatłoczonego basenu w czepku i obcisłych slipkach. Wcale nie chcę przekonywać, że bieganie oferuje momenty uniesień, porównywalne na przykład do chwil, które przeżywa surfer, kiedy złapie falę. Bieganie nie oferuje też poczucia przynależności do tak atrakcyjnej subkultury jaką jest subkultura surfujących na desce. Skąd te porównania do surfingu? Bo właśnie jestem w Maroko, nad wybrzeżem Atlantyku i łapię nową zajawkę. Deski na dach samochodu, podróżowanie od spotu do spotu, szukanie fali, wszystko w pełnym słońcu. I ta cała otoczka – sprzęt, gadżety, shiny happy people…cholera, rewelacja.

A przecież nie po to tu przyjechałem. Przyjechałem do Maroko z założeniem, że odsapnę trochę od swojego biureczka na Domaniewskiej i wreszcie zacznę tu biegać regularnie. Najwyższy czas, jeśli za trzy tygodnie chcesz sobie przebiec maraton. Przebiec, to nie do końca prawda. Przefrunąć, w dokładnie trzy godziny i dwanaście minut.

Skąd zatem wziąć motywację, aby osiągnąć taki cel? Moje życie oferuje mi przecież jeszcze tysiące innych podniet, niekoniecznie na polu sportowym. Oprócz fajnej pracy na dyrektorskiej posadce w dużej korporacji, są przyjaciele, znajomi, imprezy (często niestety), dobre jedzenie i alkohol (lubię niestety), atrakcje Warszawy, podróże, książki, dziesiątki mniej albo bardziej rozgrzebanych zainteresowań i wreszcie inne sporty, w których chciałbym być lepszy.

Zawsze garnąłem się do sportu i rywalizacji. Ale muszę uczciwie przyznać, że w większości sportów, którymi się interesowałem, wyniki nie spełniały moich wygórowanych ambicji. Zbyt słaby technicznie do piłki nożnej, za niski na siatkówkę, zawsze nadrabiałem takimi zaletami jak poświęcenie i waleczność. Jak nie umiesz dryblować, to przynajmniej biegaj do każdej piłki. I biegałem jak głupi, budząc tym respekt u kolegów z drużyny i rywali. W pewnym momencie zorientowałem się, że jest sport w którym te zalety to praktycznie jedyne wymagane umiejętności. I tak zaczęła się przygoda z bieganiem. Okazało się, że wychodzi mi to lekko, łatwo i przyjemnie. I co najważniejsze, NIKT ze znajomych nie nadąża za mną. Czyli wreszcie jestem w czymś najlepszy…hell yeah!!

Bardzo szybko jednak bieganie tylko dla zdobycia szacunku otoczenia, zmieniło się w prawdziwą pasję. Dziś mogę powiedzieć, że biegam dla siebie. Nie potrzebuję publikować wyników każdego biegu na Facebooku, chociaż przyznaję, że kolekcjonowanie lajków pod fotką z mety maratonu w Rzymie (‘Zrobiłem to. W Rzymie. 42km, 3:21h’) czy w Warszawie (‘aaaaaa..jest rekord!!! 3:15:53 J’) łechce moje przerośnięte ego.



Tylko, tylko. Bieganie dla wyników byłoby jednak nudne. Ja urozmaicam je sobie wyzwaniami. Pobiegnę do Konstancina i z powrotem na potężnym kacu. Obiegnę bladym świtem londyńskie City. Zwiedzę przedmieścia Santiago de Chile. Wbiegnę na górę w Agadirze. Pokonam maraton za rok poniżej trzech godzin i tak dalej i tak dalej...
Na koniec najważniejsze. Bieganie ma być PRZYJEMNOŚCIĄ. Nie chcę katować się rygorami treningu, restrykcyjną dietą, fachową literaturą. Nie chcę też obkładać się gadżetami. O tym wszystkim tutaj nie przeczytacie. Wielu moich znajomych zabija w ten sposób piękno tego banalnego sportu i często zniechęca się w końcowym rachunku.
MUSZĘ biegać codziennie rano.

MUSZĘ zrealizować cykl treningowy.

MUSZĘ zmienić nawyki żywieniowe.

Ja nic NIE MUSZĘ.

Ja MOGĘ.

Ja kształtuję swój bieg. Nikt inny.

To jak?

Gotowi?

Start!

Możecie więcej niż myślicie.